Dodano: 26 czerwca 2018r. przez Agnieszka Konik-Korn

Nie ma przypadków

blog „Co na obiad?”
Nie ma przypadków

Dzień dobry!


Właśnie dziś jest ten dzień, w którym mam przyjemność (i trochę także tremę ;-)) zamieścić swój pierwszy wpis na blogu „Co na obiad?” na stronie Bronowickiej Spiżarni.

 

Dlaczego "Co na obiad"?

Ponieważ każdego dnia przygotowuję posiłki dla mojej rodziny i chcę, aby były one różnorodne, zdrowe, smaczne i pełnowartościowe. W naszym domu dbamy o to, by nie wyrzucać i nie marnować jedzenia, zatem bliska nam jest także idea „zero waste” w kuchni. Na moim blogu znajdziecie więc także przepisy na proste dania i przekąski, które są smaczną alternatywą dla gotowych produktów. Są szybkie w przygotowaniu, smaczne i atrakcyjne dla najmłodszych – mimo że nie lepią się od cukru :-)

A dziś napiszę Wam o tym, jak doszło do powstania naszych sklepów i o tym, że w życiu nie ma przypadków. I że nawet problem może okazać się szansą i źródłem większego dobra. Trzeba go tylko „podejść” od właściwej strony. A zaczęło się to tak.

 

Wstrząs


Cztery lata temu, wskutek zbiegu niekorzystnych okoliczności w postaci przemęczenia, stresu, anginy i złego odżywiania się wylądowałam w szpitalu po wstrząsie anafilaktycznym. Po tym wydarzeniu, ujawniły się u mnie alergie pokarmowe, wykluczające spożywanie m. in. pszenicy, mleka, kakao, cytrusów czy ryb. Generalnie mogłam bez stresu jeść tylko... pomidory ;-)

Po pół roku zażywania leków przeciwhistaminowych, które nie zmniejszyły objawów alergicznych (pojawiająca się codziennie wieczorem uciążliwa wysypka na dłoniach), zdecydowałam się przejść na restrykcyjną dietę, wykluczającą wszystkie alergeny, na które wykazywałam uczulenie. Uznałam, że leki, które przyjmuję nie są obojętne dla mojego organizmu, więc – skoro nie pomagają - to po co mają mnie dodatkowo obciążać.

 

Czytam skład


Po półtora roku wróciłam do normalnego odżywiania się – dieta przyniosła świetne rezultaty, wysypka zniknęła bardzo szybko, a ja powoli zaczęłam wracać do jedzenia wykluczonych dotąd produktów. Wiedziałam już jednak, że moje problemy nie wzięły się z niczego... Przyznam się Wam, że przed tymi zdarzeniami, bardzo lubiłam jeść kolorowe jedzenie – niebieskie napoje, wielobarwne żelki – im coś było bardziej kolorowego, tym bardziej chciałam tego spróbować. Wyleczyłam się z tego na dobre. W czasie mojej diety zaczęłam czytać etykiety i dopiero wtedy dostrzegłam, jak wiele produktów codziennego spożycia wypełniają wzmacniacze smaku, konserwanty, spulchniacze i sztuczne barwniki. Że w śmietanie jest żelatyna, w jogurcie truskawkowym – sok z buraka, w wędlinach – cukier czy glutaminian monosodowy... A produkty z napisem „dla dzieci” to najczęściej (bo nie wszystkie) mieszanina cukru z mlekiem w proszku.

W czasie diety okazało się, że produkty pszeniczne śmiało można zastąpić kaszą jaglaną i brązowym ryżem, że warzywa można piec w piekarniku (a nie tylko wrzucać je do zupy czy sałatki) – i nabierają one niezwykłego smaku, poznałam także wiele nowych przypraw, których dotąd nie używałam w kuchni. Odkryłam także nieco inny „smak wakacji” - taki, który muszę przygotować sobie sama:-) Jednocześnie w tym – jak by nie było – trudzie, zaczęłam dostrzegać pozytywne strony: na Kaszubach gotowałam dania z uzbieranych własnoręcznie kurek czy borówek, warzywa i owoce mogłam kupić w zasadzie wszędzie – nad morzem i w górach. Zamiast więc gorących kubków z zupkami instant, kupiliśmy termos, w którym przygotowywałam zupy dla naszych dzieci – a one chętnie zjadały je np. na plaży czy w lesie

 

Sklep


Już wtedy dostrzegłam, że jako społeczeństwo żywimy się dziadostwem dlatego, że rządzi nami pośpiech i brak czasu. Jemy szybko i bezmyślnie to, na co mamy akurat ochotę, albo prędko chcemy zaspokoić głód i pędzić dalej do obowiązków. Dlatego zaświtał nam w głowie pomysł na stworzenie sklepu z produktami ze sprawdzonym składem. Z którego klient wyjdzie zawsze z dobrymi produktami w koszyku i nie będzie się musiał zastanawiać, co one mają w środku – bo będą dobrej jakości i bez szkodliwej chemii.

Całe ubiegłoroczne wakacje przygotowywaliśmy otwarcie Spiżarni w nowej formule. Szukaliśmy też pracowników - zależało nam, by mieli kompetencje, aby doradzać naszym klientom, co rzeczywiście może im służyć, a nie być jedynie modą na nowe i nieznane. Zatrudniliśmy dietetyczkę i technologa żywności. Sprawdziliśmy także składy wszystkich dostępnych w sklepie produktów. Było to bardzo czasochłonne, ale widzieliśmy (i wciąż widzimy) w tym wartość.

 

Dobra jakość


Postawiliśmy na codzienną żywność ekologiczną i nie tylko - ale taką, której skład jest czysty i prosty. Dopuszczamy konserwanty w postaci kwasu askorbinowego i - w przypadku wędlin - soli peklowej (zawierającej azotyn sodu). Staramy się, by łakocie miały w składzie masło, (a nie margarynę czy inne tłuszcze trans), unikamy mleka w proszku. Akceptujemy wodorowęglan sodu, czyli sodę oczyszczoną. Cały czas zwiększamy nasz asortyment - od nabiału począwszy, po lemoniady, soki czy gotowe dania. W naszym niewielkim sklepie mamy niemal 700 produktów. Miesiąc temu otworzyliśmy, tuż obok Spiżarni – Bronowicką Pietruszkę – czyli stragan z warzywami eko i pochodzącymi od rolników, znanych nam z imienia i nazwiska, jak również dostawców z Targu Pietruszkowego. Rozpoczęliśmy także współpracę z Ogrodem Szambala, który dostarcza nam ekologiczne warzywa z czystych terenów Roztocza.

Tuż przed długim weekendem czerwcowym, otworzyliśmy drugi sklep na ul. Balickiej 14 a. W planach mamy otwarcie jeszcze jednego sklepu w Krakowie. A pomysłów jest wiele i – powolutku realizujemy je. Ale o tym napiszę już innym razem... :-)